Jak planować, to tylko z kalendarzem!

Zapytaliśmy zaprzyjaźnionego dostawcę kalendarzy książkowych, czy ma obecnie – nie tylko w czasach drogiego papieru, ale przede wszystkim szalejącej inflacji – problem z zamówieniami. Gdy na nas spojrzał wzrokiem Bazyliszka, już wiedzieliśmy, że nie było to pytanie zasadne. I faktycznie – okazuje się, że kalendarze drukowane (podobnie jak drukowane biuletyny) przeżywają obecnie „drugą młodość”! Domyślacie się dlaczego?

Z każdej strony atakowani jesteśmy przez e-produkty: e-booki, e-skierowania, e-dowody, e-gazety, e-dzienniki… I choć faktycznie jest to BARDZO wygodne, bo pozwala mieć cały „świat” w małym telefonie, coraz więcej osób próbuje zminimaliować swoją obecność w e-świecie (ze względu na zdrowie, ekologię czy relacje społeczne) i co się da, przenieść do wersji tradycyjnej. Nie inaczej jest z kalendarzami

E-kalendarze i e-planery są czasem niezastąpione

Faktycznie z punktu widzenia większego biznesu, korporacji, a nawet kilkuosobowej działalności gospodarczej, której codzienność składa się głównie ze spotkań z klientami, podwykonawcami, udziałem w konferencjach i prowadzeniem w tak zwanym międzyczasie zajęć na uczelni, wspólna aplikacja do planowania czasu, w dodatku idealnie podzielona na poszczególnych użytkowników (mamy kilka, kiedyś Wam polecimy!), wydaje się rewelacyjna. Bez problemu pozwala na zmianę terminu, dopisanie uwag, a także sprawdzenie dostępności w odległym nawet czasie. KLIK – i już mamy przed oczami kolejnych 12 miesięcy. Co ważne, ten sam widok mamy w komputerze stacjonarnym i w aplikacji telefonicznej. Dodajemy więc szybko, sprawnie i przekonani, że nic nam nie ucieknie. Co zrobić, jednak gdy telefon się rozładuje, bateria do komputera na nieszczęście została w domu, a bezawaryjna dotychczas aplikacja zacznie się wieszać…? Oto jest pytanie.

Ale co tradycja, to tradycja

I to są zwykle argumenty osób, które wolą tradycyjne kalendarze – te ścienne, książkowe, zeszytowe, podzielone na tygodnie, miesiące lub ze szczegółową rozpiską każdego dnia. Oni nie wierzą w technologię (to najczęstszy argument), lubią swoje pióro (szczególnie gdy ma piękny magentowy kolor, coś o tym wiemy!) lub po prostu tak czują się bezpieczniej, gdy kalendarz zawsze jest pod ręką. Oczywiście ta „druga strona” podaje niezbity argument: a co, jeśli zgubisz kalendarz? Trudno znaleźć coś przekonującego.

A Wy, w którym teamie kalendarzowym jesteście? U nas w zespole głosy podzielone, a ankieta na większej grupie wskazuje, że do celów prywatnych lubimy mieć wersje książkowe (we wszystkich możliwych formatach, w zależności od potrzeb i… liczby dzieci 🙂), natomiast sprawy biznesowe planujemy elektronicznie.

Warto w tym miejscu podkreślić, że kalendarz to doskonałe narzędzie wzmacniania naszej marki – wśród klientów, partnerów biznesowych, a także współpracowników. Logo, na które patrzymy przez cały rok, musi zostać w głowie, hasło reklamowe również szybko z niej nie ucieknie. Ale delikatne, eleganckie, subtelnie podane. Tak, by korzystanie z produktu było przyjemne i budziło dobre emocje (które docelowo przeniesione zostaną na markę – czy to nie jest piękne? 😊) Niezależnie od tego, czy kalendarz wisi na ścianie, czeka w kieszeni, leży na biurku czy na biurku stoi, musi być użyteczny, miły dla oka i porządnie wykonany. Kartki nie mogą odpadać po 2 miesiącach, okładka się wycierać, a tasiemka urwać w połowie roku. I na to dziś chcemy zwrócić Waszą uwagę – na dostawcę, jego rzetelność i doświadczenie, na materiał i jakość wykonania, na użyteczność produktu i… czas realizacji! Bo do nowego roku zostało już tylko kilkanaście dni, warto się pospieszyć z zamówieniami!

Jeśli natomiast potrzebujecie pomocy w wyborze odpowiedniej firmy, formatu, przygotowaniu wkładki o firmie czy zdjęć do wersji ściennej  jesteśmy do dyspozycji.